Partnerstwo

udany związek, szczęśliwy związek, dobre małżeństwo
 preparaty do wybielania zebów do kupienia przez internet

Osobiste wspomnienie związane z pierwszą kolonią dziecka


 

Z osobistych przeżyć wspominam z uśmiechem pierwszą kolonię 5 letniej córki, która tak strasznie wynudziła się podczas poprzednich wakacji towarzysząc mi w pracy, w biurze, że w kolejnym roku wręcz zażądała wysłania na kolonie. Muszę napisać, że było to ponad 15 lat temu, a warto podkreślić, że już wtedy taka oferta była dostępna. W przedszkolnej szatni uwagę córki zwrócił barwny, ręcznie wykonany plakat z o koloniach letnich dla maluchów, z wymalowanymi uśmiechniętymi buziami, który przeczytałam na głos trochę nieopatrznie, podczas zmieniania córce obuwia przy odbieraniu po całym dniu nw przedszkolu.

Fot. Mirosław Pilch

Od tego momentu, codziennie prawie przez miesiąc córeczka uparcie pytała mnie, czy już byłam zapisać ją na kolonię. Nie miałam wyjścia, jak tylko zapoznać się ze szczegółami, aby wybrać dogodny termin oraz zdać się na wybór córki co do miejsca kolonii. Wybór padł na odległy Rymanów, ale większe obawy niż odległość wzbudził fakt, że kolonie trwały 3 tygodnie! Trudno mi było wyobrazić sobie, jak można zorganizować wszystko dobrze i bezpiecznie, żeby takie maluchy nie płakały i nie chciały wracać zaraz do domu. Wszystkie wątpliwości musiałam odłożyć na bok, ponieważ córka była zdecydowana jechać i w ogóle nie było możliwości, że pomysł z kolonią rozejdzie się po kościach. Skrupulatne pakowanie pokaźnej walizki odbywało się z wielkimi ( szczególnie moimi) emocjami. Wszystkie rzeczy tekstylne, według instrukcji organizatora musiały być podpisane długopisem po lewej stronie. Jak się łatwo domyślić, miało to zapobiegać pogubieniu, chociaż ze względu na wiek dzieci straty tego typu trzeba było wliczyć w całą imprezę.

Kiedy autokar szkrabów w wieku 4-6 lat odjechał, na parkingu nadal pozostali wciąż lekko oniemieli rodzice. Nasuwało się pytanie: u kogo  bardziej podziwiać odwagę? … u dzieci, czy raczej u rodziców? Nerwowość w mojej rodzinie opadła nieco po otrzymaniu wiadomości, że autokar szczęśliwie dotarł do celu. Telefoniczne rozmowy z córką były dość krótkie, ale ponieważ w słuchawce dźwięczał pełen humoru i zadowolenia z wycieczek głosik postanowiłam przejść nad całym wydarzeniem do porządku – widocznie tego było jej trzeba.
Nurtowała mnie jednak myśl, jak to wszystko tam się odbywa? Najlepszym sposobem sprawdzenia były odwiedziny w weekend. Zaplanowaliśmy rodzinną wycieczkę do Rymanowa już po tygodniu od rozpoczęcia kolonii  wraz z dalszym wypadem nad Solinę. Po dojechaniu do Rymanowa dość łatwo odnaleźliśmy budynek miejscowego przedszkola. To właśnie w nim mieszkały maluchy – pomyślałam „świetnie – najlepsze możliwe rozwiązanie”. Po odszukaniu właściwej grupy i wycałowaniu córeczki oczywiście szybko ogarnęłam wzrokiem i umysłem matki warunki bytowe.

Jak dziś pamiętam: nie był to żaden luksus, ale dzieci były świetnie „zaopiekowane” przez zespół wychowawczyń, które normalnie w ciągu roku szkolnego pracowały w tym przedszkolu :). Opiekunka grupy, do której należała moja córka  była osobą po 50-ce, ale widać było ze sposobu bycia, że zawód przedszkolanki jest jej pasją. Okazało się też, że wychowawczyni spała razem z dziećmi w przedszkolnej sali, a dla wygody miała do wyłącznej dyspozycji dla swojej grupy automatyczną pralkę i codziennie wrzucała do niej wybrudzone majtki i skarpetki, a także w miarę potrzeby koszulki i spodenki. Pani śpiewała razem z dziećmi piosenki podczas mycia zębów, zabaw w sali, a jak dowiedziałam się od córki także na wycieczkach autokarowych i spacerach po okolicy. Karmiła niejadków, przytulała płaczków, ale tych ostatnich wcale nie było w nadmiarze. Przyznam szczerze, że byłam wprost zszokowana doskonałą organizacją i atmosferą w grupie oraz relacjami pomiędzy dziećmi i dorosłymi.

Mój szok osiągnął apogeum, kiedy córka wręcz z niechęcią zgodziła się pojechać ze mną i z tatą na dwa weekendowe dni nad Solinę i właściwie miałam poczucie jakbyśmy zabierali jej radosny czas z rówieśnikami. Jako matka, nie miałam wyjścia, jak tylko wrócić spokojnie do domu i zająć się pracą. Córka wróciła po następnych 2 tygodniach bardzo zadowolona i entuzjastycznie nastawiona do następnych wakacji i kolonii.

 Na zakończenie wypada mi tylko dodać, że przez kolejnych 10 lat ( z małymi przerwami) córka wyjeżdżała z tego samego biura turystycznego, ale jego nazwy nie wymienię, bo nie jest to artykuł sponsorowany, a jedynie wskazówka dla rodziców, że nie ma sensu z góry zakładać, że coś jest straszne albo niemożliwe :).

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
Osobiste wspomnienie związane z pierwszą kolonią dziecka, 10.0 out of 10 based on 1 rating
Related Posts with Thumbnails

1 do wpisu “Osobiste wspomnienie związane z pierwszą kolonią dziecka”


  1. kika1 napisał(a):

    No nie wiem … dzisiaj pierwsza kolonia to spore wyzwanie dla 10 latka, a co dopiero dla przedszkolaka ?!

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)


Zostaw odpowiedź

*